Antoś, wracając z przedszkola, zapytał czy możemy zrobić dziś pierniki. Od paru dni chodzą za mną owe słodkości, więc wczoraj postanowiliśmy wspólnie podołać temu zadaniu. Mając w pamięci sielankowe zdjęcia z Waszych blogów, stwierdziłam, że będzie to miłe zakończenie dnia. O zgrozo, sielanka nie trwała długo, wkrótce zmieniła się w pole bitwy. Na szczęście nie polała się krew, być może dzięki zamiennikowi-patrz czarowny lukier :)
Wojna toczyła się o wszytko, o terytorium, sprzęt, kolejność, ilość....a po wszystkim pobojowisko :) Wymęczeni padliśmy do swoich łóżek, a dziś rano.... jak co dzień obudziliśmy się na wspólnym terenie- tzw. małżeńskim łóżku, wtuleni i co dziwne bez oznak bitwy o terytorium.

Fotorelacja

